Wschód słońca przy Osadzie Dwa Młyny

Każdy wpis w tym dziale mógłby zaczynać się od tych samych słów – na rano prognozowane są mgły. Tym razem było dokładnie tak samo, a słupki w aplikacji odpowiedzialne za zamglenia zapowiadały dość ciekawy poranek. Z domu wyruszyłem kilkanaście minut po 4:00 by do Ldzania dotrzeć chwilę przed 5, bo o tej właśnie godzinie słońce miało pokazać się po raz pierwszy. Tym razem debiutancko zabrałem ze sobą drona, którego kupiłem zaledwie kilka dni wcześniej. Zatrzymałem się przy trasie by w asyście mgieł złapać pierwsze ujęcie dzisiejszego wschodu, niestety niewiele z tego wyszło ponieważ ptaki kręcące się bardzo blisko drona skutecznie zniechęciły mnie do robienia zdjęć w tym miejscu… Dojechałem w końcu do Osady Dwa Młyny gdzie po raz kolejny podjąłem próbę wzbicia się w powietrze, a terenu jak dla nowicjusza nie mogłem wybrać sobie gorszego. Co prawda udało mi się zrobić kilka fajnych zdjęć, ale kosztowało mnie to dużo stresu i nerwów gdyż dron z prawie rozładowaną baterią uciekł mi nad czubek wysokich gęstych drzew. Jakimś cudem udało mi się go ściągnąć na ziemię po czym stwierdziłem, że na dzisiaj wystarczy już wrażeń i schowałem go do auta. W taki o to sposób z pewnością na długo zapamiętam swoje pierwsze zdjęcia z powietrza, które mimo krótkiego lotu i tak wyszły bardzo fajnie.

Czas najwyższy zejść na ziemie. Mgły, które dość fajnie wisiały nad okolicą tutaj były prawie niewidoczne, ale mimo to promienie słońca dużo bardziej niż zwykle były widoczne gołym okiem. Nie miałem konkretnych planów, chciałem po prostu pokręcić się wokół młyna oraz złapać kilka kadrów obok rzeki i znajdujących się tutaj zbiorników wodnych, co uczyniłem.


Wśród ujęć nie mogło zabraknąć mojego ulubionego miejsca na rzece Grabi – tego z kamieniami, za którymi akurat przebijało się słońce. Chmary komarów gryzły jak opętane, a ja próbowałem bronić się w tej nierównej walce… Odbiło się to na zdjęciach, które wyszły takie sobie…

Obok jednego ze zbiorników odnalazłem ścieżkę prowadzącą przez zarośla wokół wody. Jako, że nigdy tędy nie szedłem postanowiłem, że sprawdzę czy jest tu coś wartego uwiecznienia. Szału nie było, ale stopniowo wykonywałem kolejne zdjęcia z tej porannej mini wędrówki.

Lubię te tereny. bywam tu w miarę regularnie, a każdy kolejny powrót sprawia mi zawsze dużo radości – taka moja mała odskocznia od rzeczywistości. Gdyby nie ogromne ilości komarów było by tu jeszcze milej, ale trzeba się z tym liczyć, w końcu miejsca przy wodzie są wylęgarnią tego dziadostwa. Jeśli chodzi o poziom zdjęć nie było tu może szaleństw, ale spędziłem przynajmniej czas w miejscu, które uwielbiam. Każdy wyjazd jest przygodą niezależnie od tego jak daleko od domu się jedzie bo życie i tak serwuje zawsze jakieś niespodzianki. Wracając przez miejscowość Bocianicha, jak sama nazwa wskazuje spotkałem też kilka bocianów, w dość szybkim tempie udało mi się wyskoczyć z auta, zmienić obiektyw i wykonać kilka zdjęć. To ostatnie ujęcia z tej wyprawy.

Dodaj komentarz