Wokół Zalewu Sulejowskiego – 50 km

To miało być święto Trzech Króli, którego nigdy nie zapomnę, czyli moja pierwsza 50-tka w życiu. Spotykamy się przed 4 rano na jednym z bełchatowskich parkingów skąd wyjeżdżamy w stronę Sulejowa. Dokładnie o 4:50 z latarkami na głowie ruszamy w zupełnych ciemnościach w kierunku lasu. Pierwsze kilometry pokonujemy w dość dobrym tempie, choć teren robi się coraz ciekawszy. Leśne strumyki, które wylały ze swoich koryt pokonujemy przechodząc po powalonych drzewach, średnio co kilka minut. Podmokłe tereny prowadzą nas jeszcze przez jakiś czas, następnie wychodzimy już na asfalt, którym pokonujemy kilka kolejnych kilometrów. Powoli robi się widno, a my po pokonaniu 12 km robimy sobie pierwszą dłuższą przerwę nad małym jeziorkiem w środku lasu. Nie ukrywam, że miałem duże oczekiwania co do wschodu słońca, niestety bardzo się zawiodłem bo chmury zasłoniły całe niebo.

Trasa wiedzie nas po różnorodnych terenach, by w końcu doprowadzić do linii brzegowej, której w zasadzie wcześniej nie widzieliśmy. Wychodząc z lasu trafiamy wprost na plażę – i to nie byle jaką! Bo znaną w tym rejonie plażę nudystów. Tego jednak dnia świeci ona pustkami, a poza nami nie ma tu żadnej żywej duszy. W końcu pokazuje się słońce na które czekałem od samego rana.

Wędrujemy zatem dalej, a widoki zaczynają robić się coraz ciekawsze. Wędrówki wokół zbiorników wodnych mają ten plus, że na brak fajnych scenerii nie ma co narzekać. Co jakiś czas robimy sobie krótkie przerwy, które wykorzystujemy głównie na robienie zdjęć. Pogoda tego dnia nam dopisuje, poranek jest ciepły więc idzie się całkiem przyjemnie, a kolejne kilometry mijają nam w miarę sprawnie.

Co jakiś czas spotykamy przy brzegu zacumowane łódki, a także licznie zbudowane tutaj mola, można by rzec, że każdy ma swoje. Jedno z nich, to najbardziej klimatyczne wybieramy za miejsce kolejnego przystanku. Świetne miejsce! Na prawdę szkoda się stąd ruszać, a słońce które nas dogrzewa tylko potęguje w nas cechy leniwca. Robimy kilka pamiątkowych zdjęć i musimy ruszać dalej.

Wędrując wzdłuż brzegu docieramy do przystani gdzie już z daleka rzuca się w oczy duża zjeżdżalnia wodna. Podchodząc bliżej dostrzegamy hasło reklamowe, którego nie da się zapomnieć: „Lepsze Borki od Majorki”. Razem z Arkiem wspinamy się na górę, skąd rozpościera się piękna panorama na całą okolicę. Jest tu na tyle fajnie, że postanawiam zostać tu również na śniadanie, w momencie gdy reszta ekipy konsumuje je na dole.

Powoli zbliżamy się do tamy, gdzie przy dzisiejszym święcie i dniu wolnym od pracy zbiera się tu cała masa wędkarzy, którzy z zainteresowaniem patrzą w naszą stronę. Na środku tamy przypada nam dokładnie połowa dystansu, czyli 25 km już za nami. Kręcimy się tutaj troszkę przy okazji robiąc sobie małą przerwę, ja korzystając z okazji schodzę w dół by wykonać kilka zdjęć. Po kilkunastu  minutach odpoczynku ruszamy dalej opuszczając tamę i kierując się w stronę lasów.

W miejscowości Tresta spotykamy otwarty miejscowy bar o którym w czasie drogi opowiadał nam Arek, szybka decyzja i jesteśmy już w środku. Tutaj czas zatrzymał się dawno temu, a wystrój rodem z lat 90-tych nadaje klimatu naszej kolejnej przerwie. Siedząc przy kominku pijemy piwko i gadamy o wszystkim i o niczym. Nawiązujemy również kontakty z miejscowymi którzy wypytują nas o cel i kierunek wędrówki. Żegnamy się i ruszamy dalej w drogę.

Docieramy do portu u Sołtysa gdzie spotykamy klimatyczny drewniany mostek, jeden z najciekawszych tego dnia. Ruch wokół zbiornika jest dosyć spory, prawdopodobnie odbywają się tu zawody wędkarskie, a może po prostu obiekt cieszy się tak dużym zainteresowaniem? Ale wróćmy jeszcze raz do wyżej opisywanego mostku – patrzcie jakie cudo.

Widoki rozpieszczają nasze oczy. Piękne słoneczko, niebieska tafla wody, czego chcieć więcej? No może po prostu czasu żeby się tu zrelaksować troszkę dłużej. Szczególnie na tej łódce, która czeka niedaleko.

Nie wszystko tego dnia wygląda jednak tak pięknie. Właśnie rozpoczyna się pierwszy kryzys związany z kontuzją kolana, której nabawiłem się podczas wędrówki do Szczercowa. Jest ciężko, mimo że właśnie udało się ustanowić nowy rekord życiowy to nastrój nie jest wcale taki świetny jak mogło by się wydawać. Jest coraz gorzej, zaczynamy więc powoli szukać miejsca na ognisko by móc zorganizować dłuższą przerwę na regenerację. 37 km to wymarzony postój i czas na odpoczynek. Zbieramy chrust i zabieramy się do rozpalania ognia.

Korzystając z okazji chłopaki wskakują do wody by zażyć styczniowej kąpieli w zbiorniku. Nie trwa ona zbyt długo, ale sądząc po ich minach była bardzo orzeźwiająca. Po ściągnięciu butów moim oczom ukazuje się mało przyjemny widok, ogromne odciski nie zapowiadają nic dobrego, czas więc wejść do wody by schłodzić stopy choć troszeczkę. Warto dodać, że tego dnia woda jest zimna, cholernie zimna więc ukojenie przychodzi dość szybko, choć tylko na chwilę.

Po usmażeniu kiełbasek i wygaszeniu ogniska nastaje przełom – nadchodzi genialny zachód słońca! Jak wschód tego dnia zawiódł mnie totalnie, tak teraz zapowiada się mega klimat! Przerwa się wydłuża, a ja co kawałek zatrzymuje się by wykonać kolejne zdjęcia. W końcu dochodzi do tego, że odłączamy się od grupy i błądzimy przez moje przystanki. Ostatecznie zdzwaniamy się i już razem ruszamy w dalszą trasę. No prawie, kawałek dalej robię kolejną przerwę ponieważ do brzegu podpływają właśnie łabędzie, nie przegapię takiej okazji!

Zapada zmrok, a my z latarkami na głowie ruszamy dalej bo do pokonana mamy jeszcze 10 km. To będzie długa droga biorąc pod uwagę jak bardzo bolą mnie kolana i stopy. W zasadzie każdy kilometr to walka z samym sobą. Wędrując na samym końcu, zaciskając zęby idę naprzód. Odliczanie dystansu trwa i mimo, iż nie mam już siły to ostatnie kilometry pokonujemy w tempie szybszym niż te pierwsze. Jest ciemna noc, a my wędrujemy dalej. Robimy krótką przerwę gdzie dosłownie rozwaleni w trawie leżymy w trawie patrząc w niebo. Do mety jeszcze trochę, trzeba dać radę. Po mega wysiłku zbliżamy się w końcu w stronę parkingu gdzie zostawiliśmy rano auta. Szczęśliwy, choć kulejąc na jedną nogę patrzę w aplikację, a tu zonk – wynik 49 km. Tak być nie może, przyjechałem tu pokonać 50 km i tak się właśnie stanie. Ruszamy w miasto by dobić ostatni brakujący kilometr! Udało się! 11 godzin i 36 minut, tyle potrzebowaliśmy na pokonanie tego magicznego dystansu. Mimo, iż nie mogłem chodzić, a dzień później nie poszedłem nawet do pracy powiem jedno, było warto! To była mega przygoda, walka i super doświadczenie ze świetną ekipą! To było niezapomniane święto Trzech Króli. Poniżej zamieszczam również statystyki z Endomondo oraz wirtualną mapę 3D z zaznaczoną trasą wędrówki.


One comment

  1. Pingback: Sielankowy poranek nad Zalewem Sulejowskim – POBEZDROZACH.COM

Dodaj komentarz